Serwis www.niedziela.be używa plików Cookies. Korzystając z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na ich użycie. Aby poznać rodzaje plików cookie, cel ich użycia oraz sposób ich wyłączenia przeczytaj Politykę prywatności

Headlines:
Flandria: Tylko 25% studentów kończy studia licencjackie w ciągu 3 lat!
Belgia, praca: Średnio prawie 50 euro na godzinę!
Polska: To strzał w kolano? To zrobi Trzaskowski, jeśli wygra wybory
Belgia: Tylko 4 na 10 pracowników wykorzystuje dni szkoleniowe
Belgia, praca: 322 tys. bezrobotnych. To dużo?
Belgia, Bruksela: Liczba wtargnięć na tory metra coraz wyższa!
Belgia: Najwyższe od lat ceny wołowiny!
Niemcy: Coraz więcej przestępstw seksualnych popełnianych przez młodych
Belgia: Zlecał ataki z więzienia. Spędzi tam dodatkowych 7 lat
Słowo dnia: Koeien
Agnieszka Steur

Agnieszka Steur

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: Jak pachnie grudzień? (cz.80)

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

Jak pachnie grudzień?

Czytelnicy portalu Niedziela.be, którzy regularnie czytają moje poranne teksty do kawy, z pewnością pamiętają, że na stałe mieszkam w Królestwie Niderlandów a moją pasją jest poznawanie. Mieszkając ponad 20 lat poza granicą ojczyzny, przekonałam się, że wiele smutku i nieszczęścia płynie z nieznajomości, lub z tylko powierzchownego poznania nowego miejsca i jego mieszkańców.

Dzięki poznawaniu miejsca, w którym przyszło mi żyć, mogę lepiej poznać jego mieszkańców a także lepiej ich zrozumieć. A jakie poznawanie jest jednym z najlepszych? Oczywiście przez kuchnię! Uwielbiam poznawać nowe smaki. Dlatego wspomniałam na początku mojego tekstu o Holandii. Gastronomia tego kraju jest niezwykła. Holendrzy w przeszłości żyli bardzo skromnie i taka właśnie jest ich kuchnia: skromna i łatwa w przygotowaniu. Nie zmienia to faktu, że mieszkańcy tego kraju są bardzo ciekawi i z otwartością szukają nowych smaków. W Królestwie Niderlandów jest mnóstwo restauracji, które oferują przysmaki z różnych rejonów świata.

A przysmaki z Belgii? Och! Cudowne. Kilka tygodni temu wspomniałam w jednym z moich felietonów o tym, że na fali poszukiwań belgijskich przysmaków zakupiłam przepiękną książkę „Belgisch bakboek” (Belgijska książka piekarska). Za każdym razem, gdy ją otwieram, ślinka mi cieknie i zastanawiam się, co tym razem spróbuję przygotować. Pisałam już o gofrach i jak bardzo ich smak mnie zaskoczył. Dlatego spróbuję dziś ponownie upiec coś ciekawego i dobrego.

Przeglądając książkę, moją uwagę zwrócił przepis na appelflappen. W Holandii ciastka te są bardzo popularne, ale te na zdjęciu w książce wyglądały całkiem inaczej niż te, które kupuję w pobliskiej piekarni. Pomyślałam, że sama jeszcze nigdy ich nie robiłam, więc czemu nie spróbować belgijskiej wersji? W przepisie przeczytałam, że powinnam wykorzystać do ich przygotowania mus jabłkowy i cynamon, a to najlepsze grudniowe zapachy.

Co to jest appelflap? W Holandii jest to trójkątne ciastko wypiekane z ciasta francuskiego, nadziane jabłkami i rodzynkami. Bardzo lubię jeszcze odmianę tego ciastka zwaną tutaj kersenflap, czyli z nadzieniem wiśniowym. Gotowe ciastko posypane jest gruboziarnistym cukrem.

W mojej książce belgijskie appelflappen wyglądały inaczej. Były półokrągłe z brzegami przypominającymi płatki kwiatu, nie były również posypane cukrem a błyszczały pięknie. Niby znane, a jednak nie. Próbujemy!

W książce znajduje się przepis na ciasto francuskie, ale przyznaję, że poszłam na łatwiznę i kupiłam gotowe w sklepie. Lista zakupowa była bardzo krótka, poza ciastem kupiłam jeszcze mus jabłkowy, cynamon i jajka (potrzebne jest tylko jedno).

Rozłożyłam na blacie kwadraty ciasta, podziurkowałam je widelcem a brzegi posmarowałam roztrzepanym jajkiem. Mus wymieszałam z cynamonem i ułożyłam tę papkę na kwadratach, po łyżce na każdym. Tutaj pojawiły się pierwsze wątpliwości, ponieważ w przepisie znalazłam informacje, że appelflappen nadziane są musem z kawałkami owoców a ja miałam jednorodną papkę. No trudno! Następnym krokiem było złożenie kawałków ciasta na pół i ściśnięcie brzegów. Wszystko fajnie, ale wyszły mi trójkąty a ja chciałam mieć te połówki kwiatów. Kciukiem zaczęłam uciskać brzegi tak, aby powstał ładny wzór płatków – czyli odbić moich palców. Wystające poza kciuk ciasto obcięłam ostrym nożem. Nie do końca zadowolona z efektów, ułożyłam ciastka na blasze wyłożonej papierem. Według przepisu zrobiłam na każdym „kwiatku” kilka maleńkich nacięć nożem i całą powierzchnię posmarowałam resztką roztrzepanego jajka. Na koniec, włożyłam blachę do piekarnika nagrzanego do 210 stopni na 30 minut. Po chwili w domu rozniósł się cudowny zapach jabłek, cynamonu i masła. Tak właśnie pachnie grudzień!

Z przejęciem wyjmowałam moje nowe belgijskie wypieki z piekarnika. Według przepisu miałam je jeszcze tylko polać syropem cukrowym, ale wyglądały tak pięknie, że już nic nie dodawałam.

Wypiek zaliczam do udanych, mimo że nie wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciu w książce, ale przyjemność z próbowania była ogromna. Nie opuszczała mnie jednak myśl, że wybieram z mojej książki najłatwiejsze przepisy. Może następnym razem powinnam spróbować zrobić coś bardziej skomplikowanego?

 

Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka

 


13.12.2020 Niedziela.BE // fot. Shutterstock, Inc.

(as)

 

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: Prezenty (cz.79)

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur


Prezenty

Siedzę, piję naszą poranną niedzielną kawę i zaczynam podejrzewać, że za dużo rozmyślam nad dzisiejszym dniem. 6 grudnia, czyli mikołajki, w Polsce i w Belgii obchodzone są tego samego dnia, wspominam o tym, ponieważ w Holandii świętowano je wczoraj wieczorem. To dzień dawania i otrzymywania prezentów. Bardzo lubię prezenty. Lubię je otrzymywać a jeszcze bardziej dawać. Uwielbiam się przysłuchiwać rozmowom moich bliskich i rzucanych, tak od niechcenia, stwierdzeniom. Dzięki temu „podsłuchiwaniu”, bardzo często wiem, czego chcą, potrzebują i o czym marzą. Jednak, gdy zbliża się grudzień sprawa z wolna zaczyna się komplikować, ponieważ okazji, by dać prezent jest tak dużo. Dzisiaj dajemy mikołajkowe i nawet się nie zorientuję a będą te świąteczne. Ale to nie wszystko, dziś również swoje urodziny obchodzi mój syn (prezenty) a za dwa tygodnie urodziny będzie świętować moja córka (prezenty). Grudzień to każdego roku prawdziwe szaleństwo. Ale bardzo, bardzo przyjemne szaleństwo.

Kiedyś żaliłam się mojej sąsiadce. Marudziłam o tym, jak dużo trzeba w grudniu wymyślać, że mikołajki, że urodziny, że Boże Narodzenie. Ona skwitowała to krótko: „ciesz się, że nie pochodzisz z Hiszpanii, u nas dzieci dostają też prezenty na Trzech Króli”. Przestałam marudzić.   

No i siedzę, piję kawę i zastanawiam się, jak to jest z tymi prezentami.  Dla mnie najwspanialsze na zawsze pozostaną prezenty robione własnoręcznie. W nich przecież jest najwięcej uwagi oraz poświęconego czasu i zawsze robione są z myślą o konkretnej osobie. Właśnie dlatego dawać, jest milej niż otrzymywać, ponieważ w geście dawania jest uwaga, rozmyślanie, działanie i uczucie. Gdy coś otrzymuję i nie wiem jeszcze, co jest ukryte pod kolorowym papierem, mogę być pewna, że znajduje się tam czyjś czas a także poświęcone mojej osobie myśli. Dlatego, ten gest jest tak szczególny.

Stwierdzenie, że dawanie jest milsze niż otrzymywanie, nie jest czymś odkrywczym. Większość z nas pewnie się z nim zgodzi. Dlaczego więc, jeśli komuś coś daruję, ten ktoś mówi: „Ależ nie trzeba było?”, „Po co?”, „Niepotrzebnie się kosztowałaś!”, „Szalona jesteś!”.  Czy ludzie nie wiedzą, że dawanie to taka radość?

Może, dlatego wymyślono Mikołaja? To nie ja, to Mikołaj.

Dlaczego, jeśli wiadomo, że dający ma taką przyjemność z dawania, nie powiększyć jej jeszcze radością z otrzymania? „Jakie to piękne!”, „Dziękuję!”, „Cudowne!”. Nawet, jeśli nie jest to aż tak wspaniałe, jest przecież wyjątkowe, ponieważ jest w nim myśl, uwaga, uczucie. A może to zdanie powinno się zmienić? Taką samą radość powinno sprawiać dawanie, jak i otrzymywanie!  Przecież w prezencie, który właśnie trzymam w dłoniach jest też czyjaś radość. Ktoś się cieszy, że może to coś dać właśnie mnie.

Piję kawę i rozmyślam dalej.

Z drugiej strony, po co w ogóle ten Mikołaj? Czy nie lepiej od samego początku uczyć dzieci, że to ich bliscy myśląc o nich, kupują książki, klocki, lalki, puzzle i hulajnogi? To mama, tata, babcia, wujek, przysłuchują się i spełniają ich marzenia a nie jakaś magiczna, wymyślona przed wiekami postać? Pewnego dnia dzieci dowiadują się, jaka jest prawda i czują się rozczarowane.  Jednak w tym „oszustwie” jest ukryta magia świąt, więc może warto udawać Mikołaja.

Idę zrobić jeszcze jedną kawę a potem dokończę dekorację tortu dla syna. Kończy dziś 19 lat! Ostatnia „nastka”! Jak ten czas pędzi. I wyjmę prezent ukryty w szafie pod schodami. To będzie bardzo radosny dzień.

Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka


06.12.2020 Niedziela.be // fot. Shutterstock, Inc.

(as)

 

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: Jeszcze kilka słów o sikającym chłopcu (cz.78)

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

 

Jeszcze kilka słów o sikającym chłopcu.

Gdy w ubiegłym tygodniu zaczęłam pisać o brukselskiej fontannie, chciałam opowiedzieć kilka legend o sikającym chłopcu, czyli o Manneken Pis. Przy tej okazji jednak odnalazłam tak wiele interesujących historii, że nie mogłam zakończyć mojej opowieści o słynnej belgijskiej fontannie ograniczając nas do tylko jednego felietonu. Zaczęłam od opowiadania legend o znanym na całym świecie maleńkim człowieku, ale okazało się, że tych prawdziwych historii również jest mnóstwo i są one wyjątkowo zajmujące. Nagi chłopiec, który od kilku stuleci stoi w centrum Brukseli miał bardzo wiele prawdziwych przygód.

W ubiegłym tygodniu wspomniałam, że istnieją dokumenty potwierdzające fakt, że już w 1388 roku na rogu Stoof- i Eikstraat znajdowała się fontanna, której zwieńczeniem był kamienny posąg zwany Julianekensborre. Nie ma 100% pewności, że już tamten posąg „oddawał mocz”, ponieważ nie zachowały się żadne obrazy, przedstawiające fontannę. Jednak dokument z roku 1452 opatrzony jest uwagą o treści „daer dmenneken piste”, która wyraźnie sugeruje rodzaj sikającej postaci w fontannie.

Figurka chłopca, którą znamy dzisiaj, pochodzi z roku 1619, wtedy to Rada miejska nakazała całkowity remont sikającej fontanny. Pracę nad nią zostały powierzone rzeźbiarzowi Hiëronymusowi Duquesnoy de Oudere. Wykonał on ją na wzór starożytnego „putti pisciatori”.

Pierwsza wielka przygoda sikającego chłopca łączy się z bombardowaniem miasta w 1695 roku. Posąg został wtedy ukryty. Tego samego roku 19 sierpnia triumfalnie umieszczono go ponownie na cokole. Aby upamiętnić tę chwilę i dodać jej powagi, nad głową chłopca umieszczono tekst psalmu: „In petra exaltavit me, et nunc exaltavi caput meum super inimicos meos”, co w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Pan postawił mnie na kamiennym piedestale, a dziś wznoszę głowę ponad wrogów.”

Słynny sikający chłopiec wielokrotnie znikał ze swego miejsca. Sprawcami owych uprowadzeń byli zarówno wandale jak i dowcipnisie. Między innymi posąg ten został porwany około 1745 roku a kidnaperami okazali się angielscy żołnierze. Opowieść głosi, choć to raczej legenda, że mieszkańcy Brukseli złapali złodziei w mieście Geraardsbergen. Ponoć wdzięczni brukselczycy podarowali mieszkańcom tego miasta replikę Manneken Pis. Coś w tej opowieści jednak nie do końca się zgadza, ponieważ posąg z Geraardsbergen pochodzi z XV wieku a więc stał tam na długo przed owym porwaniem.

Kilka lat później mieszkańcy Brukseli musieli zmierzyć się z francuskimi grenadierami, którzy zajęli ich miasto. Znalazło się wielu, którzy chcieli przywłaszczyć sobie figurkę chłopca. W jej obronie stanął sam król Ludwik XV, który przebywał wówczas w mieście. Nie dość, że zapobiegł krwawym zamieszkom i nakazał aresztowanie każdego, kto choćby zamierzał podnieść rękę na figurkę chłopca to jeszcze dodatkowo podarował Manneken Pis wspaniały strój z wyszywanego złotem brokatu. Ach, i to nie wszystko! Nadał jeszcze chłopcu Order Świętego Ludwika.

Wspomnę jeszcze o trzech przygodach chłopca z Brukseli. Figurka ponownie zniknęła w nocy z 4 na 5 października 1817 roku. Mieszkańcy Brukseli bardzo martwili się tym faktem, w gazetach umieszczano nawet smutne wiersze o zaginięciu chłopca. Na szczęście sprawcę schwytano miesiąc później. Jednak prawda wyjawiona przez złodzieja była straszna. Okazało się, że zbójca rozbił figurkę na kawałki i ukrył je gdzieś pod murami miasta. Chciał je sprzedać na złom! Kara, która go spotkała, wydaje się nieodpowiednia do czynu. Mężczyznę skazano na godzinę spędzoną pod pręgierzem, wypalono mu na ciele litery TP oraz skazano na dożywotnią pracę przymusową. Dożywotnią! Tę ostatnia karę skrócono później do 20 lat. Odnalezione fragmenty figurki zostały skute razem i sikający chłopiec znów zajął swoje miejsce.

W połowie XX wieku Manneken Pis uprowadzony został z kolei w szczytnym celu. Ukradli ją studenci, którzy chcieli zwrócić uwagę mediów na problemy osób niepełnosprawnych. Zatem dzięki tej, można by rzec, charytatywnej kradzieży dokonanej przez młodych Belgów, zebrano 80 000 franków na rzecz osób potrzebujących pomocy.

Kolejna opowieść z roku 1965, jest dramatyczna. Wtedy, jak należy się domyślać posąg sikającego chłopca został ponownie skradziony. Tym razem bardzo szybko odnaleziono fragment figurki, część poniżej kolana, ale ślad po reszcie zaginął. Smutek brukselczyków był tak wielki, że pieniądze na nową figurkę zbierano na całym świecie. Osiem miesięcy po zaginięciu Manneken Pis, anonimowa osoba poinformowała władze, że górna część figurki znajduje się w kanale brukselskim. W międzyczasie odlano już nowy posąg, który nadal zdobi wnękę na Stoofstraat. Oryginalny posąg został przeniesiony do Broodhuis na GroteMarkt i został uzupełniony i ponownie złożony w 2003 roku.

Opowieści i legend o chłopcu z fontanny jest znacznie więcej, dlatego zachęcam do ich indywidualnego odkrywania, warto!

 

Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka

 


29.11.2020 Niedziela.BE // fot. Filippo Arena / Shutterstock.com

(as)

 

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: Kim jest Manneken Pis? (cz.77)

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

Kim jest Manneken Pis?

W moich porannych tekstach do niedzielnej kawy bardzo lubię wracać do tematu belgijskich legend. Pomyślałam, że dzisiaj znów napiszę kilka słów na ten temat. Gdy tylko tak postanawiam, równocześnie pojawia się w mojej głowie pytanie, ale którą opowieść wybrać? O której legendarnej postaci opowiedzieć? Nie zastanawiając się zbyt długo, postanowiłam, że dziś opowiem o wielkiej postaci niewielkich w sumie rozmiarów. Przypomnę legendę o chłopcu, który wielu ludziom kojarzy się zarówno z Brukselą jak i całą Belgią. Dziś chcę opowiedzieć o Manneken Pis, czyli o sikającym chłopcu.

Na początek wyjaśnię, że ten mały człowiek jest symbolem belgijskiej stolicy i jest to fontanna, którą odnaleźć można na rogu ulic Stoofstraat i Eikstraat. Figurka przedstawia nagiego, sikającego chłopca. To jedna z najsłynniejszych fontann na świecie i oryginalna atrakcja architektoniczna Belgii.

Prawdopodobnie każdy turysta odwiedzający Brukselę fotografuje się na tle tej fontanny. Nie tylko Beldzy twierdzą, że nieodwiedzenie fontanny sikającego chłopca, będąc w belgijskiej stolicy, to trochę jak niezobaczenie Wieży Eiffla w Paryżu… no może to porównanie jest niezbyt trafne, ze względu na różnice rozmiarów obu symboli. Spróbuję inaczej. To tak, jakby zwiedzać Warszawę i nie zobaczyć Syrenki albo spędzić kilka dni w Poznaniu i nie przyglądać się trykającym koziołkom.

Chłopiec, o którym dziś opowiadam uważny jest za najstarszego obywatela Brukseli. Prawdopodobnie dlatego, że stare archiwa katedry Sint-Gudule i Sint-Michiel informują o tym, że fontanna z jego wizerunkiem istniała już w 1388 roku i służyła jako publiczny zbiornik wody. Z dokumentów dowiedzieć się można również, że dopiero na początku XVII w. kamienny Manneken Pis został zastąpiony brązem.

A kim jest ów chłopiec, po francusku zwany kiedyś również „Petit Julien”, czyli maleńkim Julianem? Legend o nagim belgijskim chłopcu jest kilka. Najbardziej znana to z pewnością ta o małym Juliaanske, który uratował stolicę Belgii. A działo się to bardzo dawno temu. Bruksela oblegana była przez groźnego najeźdźcę. W pewnym momencie atakujący postanowili użyć przebiegłego fortelu. Ogłosili, że się poddają, gdy w rzeczywistości podłożyli pod murami miasta proch strzelniczy, chcąc stolicę wysadzić w powietrze. Wtedy właśnie mały chłopiec o imieniu Juliaan dostrzegł płonący lont, zrozumiał, co się dzieje i ugasił iskrę. Jak to zrobił? Nie miał wody, więc wpadł na pomysł, jak pewnie nie trudno się domyślić, że na zapalony lont po prostu nasika. W ten sposób mały chłopiec uratował całe miasto.

Inna legenda o małym sikającym chłopcu, nie opowiada o dzielności i pomysłowości dziecka a raczej o tym, że maluchy są psotne i czasem nie myślą o konsekwencji swoich czynów. Ta legenda opowiada o chłopcu, któremu zachciało się siku. Postanowił więc ulżyć sobie, niestety wybrał do tego najgorsze z możliwych miejsc a mianowicie drzwi domu strasznej wiedźmy. Ta, co chyba zrozumiałe, zdenerwowała się na niego okrutnie. Jednak zamiast wytłumaczyć, że tak się nie powinno postępować, rzuciła na chłopca zaklęcie. Malec miał kontynuować swoje nieprzyzwoite psoty na wieki wieków. Na szczęście legenda wspomina również o świadku tego wydarzenia, o dobrym człowieku, który postanowił malcowi pomóc. Uratował chłopca od wiecznego oddawania moczu, gdyż stworzył figurkę na jego podobieństwo i postawił ją w miejsce żywego psotnika.

Tak wyjaśnia istnienie fontanny legenda. Postanowiłam dopełnić wiedzę o sikającym chłopcu ciekawą informacją o tradycji, która związana jest z tym posągiem. Przy wyjątkowych okazjach można zobaczyć, że Manneken Pis jest ubrany w specjalny kostium. Na przykład w dniu wolności prasy jest ubrany jak reporter. Tradycja ubierania nagiego chłopca sięga 1698 roku, kiedy to Maksymilian II Emanuel, gubernator hiszpańskiej Holandii, podarował nagiemu maluchowi pierwszy kostium. W 1747 r. maleńki Julian otrzymał od króla Francji Ludwika XV złoty brokatowy garnitur. Od tego czasu Manneken Pis regularnie dostawał nowe kostiumy. Wspomnę jeszcze jedną ciekawostkę, w „szafie” chłopca z fontanny znajduje się ponad 800 strojów. Kostiumy można podziwiać w Muzeum Miasta Brukseli. Zabawny jest fakt, że przy specjalnych okazjach chłopiec sika już nie tylko wodą, ale również piwem lub winem. 

I jak nie zobaczyć takiej oryginalnej fontanny?

 

Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka

 


22.11.2020 Niedziela.BE // fot. Jeafish Ping / Shutterstock.com

(as)

Subscribe to this RSS feed