Serwis www.niedziela.be używa plików Cookies. Korzystając z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na ich użycie. Aby poznać rodzaje plików cookie, cel ich użycia oraz sposób ich wyłączenia przeczytaj Politykę prywatności

Headlines:
Belgia: Te zawody są zdominowane przez kobiety
Belgia: 1,2 tys. rolników złożyło wniosek o usunięcie dachu z azbestem
Belgia: Trwa konflikt w sprawie starcia policjantów i strażaków
Belgia: Pracownicy organizacji non-profit zapowiadają strajk 22 maja
Król Maroka ułaskawił mężczyznę podejrzanego o 6 morderstw w Belgii!
Niemcy: Produkcja krajowych szparagów się kurczy!
Belgia: W maju do Brukseli powróci festiwal sztuki!
Słowo dnia: April
PRACA W BELGII: Szukasz pracy? Znajdziesz na www.NIEDZIELA.BE (niedziela 6 kwietnia 2025, www.PRACA.BE)
Flandria: Tylko 25% studentów kończy studia licencjackie w ciągu 3 lat!
Agnieszka Steur

Agnieszka Steur

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: Mniam - nauka jedzenia (cz.55)

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

 

Mniam - nauka jedzenia

Nie, nie chcę dziś pisać o bobasach, które dopiero zaczynają się uczyć jeść. Choć bez wątpienia jest to fascynujący temat. Sama myśl o tym, co musi dziać się w głowie małego człowieka, gdy po raz pierwszy smakuje marchewkę, jabłko lub ziemniaka jest niesamowicie interesująca. Tak znane smaki, pierwszy raz doświadczone. To musi być niezwykłe.

To, o czym dziś chcę napisać, można nieco porównać do tego procesu. Z tą różnicą, że po raz pierwszy je się coś, co jadło się już wiele razy. Wiem, że brzmi to odrobinę nielogicznie, ale czasem tak właśnie bywa w naszym życiu. Przyzwyczajamy się do czegoś tak bardzo, że nawet już tego nie dostrzegamy, nie czujemy, nie smakujemy. Mamy wtedy okazję, odkryć coś na nowo.

Kilka miesięcy temu postanowiłam zmienić nawyki żywieniowe. Chciałam świadomie i zdrowo się odżywiać oraz namówić do tego moją rodzinę. Po raz kolejny okazało się, że zmiana przyzwyczajeń wcale nie jest taka łatwa. Zgodzi się ze mną pewnie każda osoba, która pracowała nad zmianą nawyków (jakichkolwiek). Po pierwsze, zmiany są trudna, a po drugie, długotrwałe. Jednak dziś już wiem, że warto.

Odkryłam, że podstawą są ćwiczenia. Nic nie dzieje się za jednym razem, dlatego podobnie sportowcom, należy trenować. Trzeba wykazać się konsekwencją i nie przejmować tym, że czasem się nie udaje.

To nie jest dieta, to poznawanie potraw, smaków i zapachów od nowa. Niby człowiek wie, jak smakuje jabłko, ale kiedy ostatni raz zjadł je z pełną świadomością, tego co się robi. Powąchał je, posmakował… usłyszał?

Pierwszym ćwiczeniem związanym z jedzeniem było świadome spożywania posiłku. Na pierwszy rzut oka wydaje się to łatwe. W końcu przecież wiem, że jem. Okazało się, że wcale nie jest to takie prosto. Bardzo szybko przekonałam się, że wyjątkowo często, aby nie powiedzieć zawsze, jem nieświadomie. Odkryłam, że podczas każdego posiłku byłam zajęta czymś innym. Właściwie wszystkim poza jedzeniem. Szybkie śniadanie, po którym nie zostawało śladu, bo spieszyłam się, aby coś zrobić. Lunch zawsze jadłam podczas pracy, czyli talerz z kanapką stał obok komputera a jeśli miałam wolne włączałam telewizor. Czasem siadałam z książką w ręce i jedząc, przeniosłam się do innego świata. Podczas obiadu toczyły się rozmowy, dyskusje i opowieści. Same w sobie bardzo pozytywne, ale bez chwili poświęconej temu, co było na talerzu. W końcu przygotowałam obiad, więc wiedziałam, co tam leży. Źle! Proszę spróbować zjeść jeden posiłek całkowicie się na nim koncentrując. Ciesząc się smakiem, teksturą, zapachem a nawet dźwiękiem.

Gdy posiłkowi poświęci się choć odrobinę uwagi, okazuje się, że smakuje znacznie lepiej, odkrywa się przyjemności, o których się zapomniało i co najważniejsze, znacznie dłużej jest się najedzonym. To dobre dla osób, które starają się stracić kilka kilogramów. Po pewnym czasie zaczęłam eksperymentować ze smakami i produktami.

Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak, gdy zaczęłam jeść wszystkimi zmysłami. Zdać sobie sprawę z tego, jak wygląda posiłek, jakie barwy, kształty dostrzegam na talerzu. Potem poczuć zapach wszystkich składników. Jak bardzo się między sobą różnią i jak łączą. Fascynujące! Zwykłe i codzienne.

Najbardziej spodobał mi się dotyk. Proszę sobie wyobrazić całkiem zwykłą kromkę chleba z masłem, plasterkiem sera i kawałkiem papryki. Ileż tu różnego rodzaju przeżyć! Konsystencja każdego elementu jest różna, coś, na co wcześniej nigdy nie zwracałam uwagi. A jeśli chleb zrobi się samemu? Prawdziwie niezapomniane doznanie! Każda tekstura jest inna, każde doznanie różni się od tego wcześniejszego. Nie spodziewałam się, że zwykły posiłek może zmienić się w przygodę. A co za tym idzie? Poszukiwanie jakości i smaków. Przecież dzięki tej świadomości otworzył się przede mną cały kulinarny świat.
Smacznego!

 

Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka

 


21.06.2020 Niedziela.BE // fot. Shutterstock, Inc.  

(as) 

 

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: Wakacje, jakie wakacje? I kiedy? (cz.54)

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

 

Wakacje, jakie wakacje? I kiedy?

Wakacje zbliżają się wielkimi krokami. Co raz częściej jednak słyszę w głowie cichy głos – jakie wakacje? A potem pojawia się pytanie – a tak w ogóle, to kiedy? Odpowiedź na pytanie gdzie, jest natomiast znana od dawna. Gdyby sytuacja była inna. Wyjazd miałabym już od dawna zaplanowany, dzieciaki właśnie cieszyłyby się z ukończenia roku szkolnego a ja zastanawiałabym się, czy zabrać ze sobą walizkę, czy torbę.

Już wiem, że w czasie tych wakacji nigdzie nie wyjedziemy, podobnie jak wiele innych osób. To będzie nasze pierwsze lato całe spędzone w domu. Pewnie znów pojechalibyśmy do Polski.

Nie pojedziemy, zostajemy na miejscu, ale to wcale nie znaczy, że wakacje będą mniej udane. Tylko, co robić, aby choć trochę mieć wrażenie wakacyjności?

W kończącym się właśnie tygodniu mój syn dowiedział się, że przyszłym tygodniu zaczynają się zajęcia na jego uczelni. To znaczy, powinnam napisać, że zostają wznowione. Do tej pory wszystkie zajęcia odbywają się wyłącznie przez Internet. Teraz wreszcie młodzi ludzie spotkają się „na żywo”. Na razie studenci będą spotykać się tylko raz w tygodniu. Jak długo będą trwać te zajęcia, jeszcze nie wiadomo. W tej chwili plan obejmuje trzy tygodnie. Za tydzień również moja córka będzie brała udział w zajęciach szkolnych, które przygotują uczniów do przejścia między poziomami szkół średnich. Jak one będą wyglądać, nie mamy pojęcia. To będzie dla niej prawdziwa przygoda. Co w tej sytuacji jest najlepsze? To, że oboje cieszą się z powrotu do szkoły.

Wszystkim bardzo brakuje kontaktu z innymi ludźmi, bycia „pomiędzy”.

Wakacje z pewnością w końcu się zaczną. Kiedy? Jeszcze nie wiemy. A jakie będą, zależy tylko od nas. Taka jest sytuacja i mogę rozmyślać nad tym, że wszystko, co planowałam, jest nie możliwe do zrealizowania. Ale, co mi z tego przyjdzie? Może zrobię nowe plany? Bardziej miejscowe. Sytuacji nie zmienię, nie mam na nią wpływu, ale mam wpływ na to, jak do niej podejdę. A może nie zrobię żadnych planów? Z ciekawością będę obserwować, co się będzie dziać w szkole córki i na uczelni syna. I zobaczymy! To będzie dopiero nowość. Nic nie planować!

Rozmyślając o tym, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę bardzo długo nie miałam wakacji, chyba żadna mama tak naprawdę nie ma wolnego. Najpierw należy wszystko przygotować a potem na miejscu o wszystko zadbać. Ufff! Ileż razy po wyjeździe wracałam do domu z przemożną myślą, że potrzebne są mi wakacje po wakacjach, albo wakacje od wakacji? A może, nietypowa sytuacja daje mi szansę na zmianę? Już wiem! Zorganizuję wakacje dla siebie… w domu. Ciekawe, czy to jest w ogóle możliwe?

A zatem planuję wakacyjny eksperyment. Jest szansa powodzenia. W końcu dzieci mają tyle lat, że wszystko same potrafią zrobić, a przynajmniej powinny, no i tata ich wesprze a ja… właśnie otwarły się przede mną nowe możliwości. Co ja będę robić?

Prawie nic! Właściwie lista jest krótka, chcę chodzić na długie spacery, czytać, pisać i pić naszą poranną kawę, która zmieni się w południową a nawet popołudniową. Cieszyć się słońcem i nie myśleć, że muszę, że należy, że trzeba…

A zatem robię plan bez planów. Zacznę od tego, że w najbliższych tygodniach zainwestuję nieco w nasz ogródek, ponieważ to będą bardzo ogrodowe wakacje. Aby tylko pogoda dopisała! Przygotuję górę książek do przeczytania… no może kilka, z tą górą chyba przesadziłam. I jeszcze notatniki, by zapisać pomysły na kolejne opowiadania, bajki, książki oraz felietony. Wynikami tego przedziwnego eksperymentu z pewnością się podzielę.

 

Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka

 


14.06.2020 Niedziela.BE // fot. Shutterstock, Inc.

(as)

 

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: Na teatralnych deskach (cz.53)

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

 

Na teatralnych deskach

Dzisiaj przeglądając moją biblioteczkę, zastanawiałam się, o czym chciałabym napisać do naszej porannej kawy i mój wzrok zatrzymał się na niebieskim książce, na której widniał tytuł „Teatr 3”. Książka ta to dzieła zebrane Sławomira Mrożka. Mam niestety tylko jeden tom – Tom VII, ale dla mnie najważniejszy, ponieważ zawiera TĘ najistotniejszą sztukę.

Przypomniało mi się, kiedy po raz ostatni miałam tę książkę w ręce. Odkładałam ją na półkę po napisaniu analizy sztuki „Emigranci”, pisałam ją podczas studiów na Uniwersytecie Amsterdamskim. To sztuka, którą w Polsce zna pewnie każda osoba lubiąca literaturę. Nie bez powodu nazywana jest „Mrożkową klasyką”.

Sztuka ta od dawien dawna mi towarzyszyła, ale jej znaczenie zmieniało się z biegiem lat. Z pewnością również, dlatego, tak bardzo mnie fascynuje. Ta możliwość patrzenia na to samo i widzenie czegoś zupełnie innego. Rozumienie słów Mrożka na różnych etapach życia jest inne. Od całkowitego braku zrozumienia do poczucia, że nie tyle wiem, czy rozumiem a czuję ich sens.

Genialność tej sztuki polega na tym, że autorowi udało się powiedzieć bardzo dużo, nie używając przy tym zbyt wielu słów. To jakby esencja polskiej emigracji.

Pierwszy raz sztukę „Emigranci” widziałam na scenie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. W rolę XX wcielił się Michał Świtała a AA zagrał Tadeusz Sokołowski. To był sezon 90/91! Wiem, że w roku 2014 na deskach tego samego teatru, ponownie wystawiono sztukę Mrożka, ale wtedy już od wielu lat również ja byłam emigrantką. Tam mnie już nie było.

Nie mogę nie wspomnieć o ekranizacji „Emigrantów” z genialnymi Markiem Kondratem i Zbigniewem Zamachowskim. Przedstawienie można obejrzeć na YouTube (TUTAJ) z napisani w języku angielskim.

Pamiętam na studiach w Amsterdamie napisałam analizę sztuki „Emigranci” i ku mojemu rozczarowaniu nie otrzymałam za nią zadowalającej mnie oceny. Byłam zaskoczona, ponieważ wtedy uważałam, że rozumiem tę sztukę już nie tylko na poziomie rozumu, ale również serca a może nawet i więcej. Jakiegoś dziwnego komórkowego porozumienia. Czułam, że oboje, zarówno pan AA i XX żyją we mnie. Być może nie byłam nimi, ale wydawało mi się, że ich rozumiem. Potrafię usłyszeć ich głosy w moim wnętrzu. Wiem przecież, jak to jest.

Ale czy tak faktycznie było? Teraz wydaje mi się, że prawdopodobnie skoncentrowałam się zbytnio na jednym aspekcie, pomijając inne, które również były istotne. Pracę oceniał wykładowca, który nie jest emigrantem i całkiem inaczej spojrzał na sztukę. Pewnie oczekiwał analizy z całkiem innego punktu widzenia. Zinterpretowałam ją jako emigrantka. Być może przez chwilę nawet stałam się kolejną postacią na scenie – postać ZZ. Może każdy z nas nią jest.

Przekonanie o zrozumieniu wcale nie powinno być aż tak pewne, teraz wiem, że to uczucie wcale nie jest stałe. Zmienia się z biegiem lat. Z każdym rokiem dostrzega się więcej. Mrożek to wiedział.

Pamiętam, jak wstrząsnęły mną słowa AA, gdy wyjaśniał XX, dlaczego ten tak lubi przebywać na dworcu. „Oczywiście główny. Jak już, to już, ani przez chwilę nie podejrzewałem, że zadowoliłbyś się jakiś przystankiem peryferyjnym. Walisz prosto na dworzec główny, najgłówniejszy. A tam ile korzyści! Po pierwsze, wstęp wolny. Po drugie, tam nie jesteś obcy. Tam nie ma w ogóle obcych, ponieważ dworzec jest właśnie dla obcych, czyli wszyscy są na dworcu tutejsi, tam obcy są nawet bardziej tutejsi od tutejszych. Tam twój nietutejszy wygląd jest całkiem na miejscu. A poza tym na dworcu jest jasno, ciepło… Są kioski z gazetami, budki z telefonami, kasy z biletami…”.

Dziś te słowa już tak bardzo nie szokują. W życiu każdego emigranta nadchodzi ten moment, gdy pragnie tylko tego, by nie czuć się tak wyraźnie obcym – a najlepiej, by obcym nie być wcale. Panowie AA i XX nie wiedzą, że prawdopodobnie kiedyś znajdą się w sytuacji, że jeśli nie stworzą swojego miejsca sami, nie wykreują swojego świata, również po powrocie będą obcy.

A może dziś kończąc naszą wspólną kawę, ponownie otworzę książkę i znów przeczytam te słowa. Minęło już kilka lat od ostatniego razu, może znów coś odkryję… z pewnością znów coś odkryję.
Miłej literackiej niedzieli.

Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka

 


07.06.2020 Niedziela.BE // fot. Shutterstock, Inc.

(as)

 

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę: Wszystko przez Internet (cz.52)

Ciepłe myśli na belgijską niedzielę, czyli cykliczne spotkania przy porannej kawie

Agnieszka Steur

Wszystko przez Internet

Pisząc „wszystko przez Internet” wcale nie mam na myśli, że coś jest winą Internetu a to, że obecnie wszystko, całe nasze życie, odbywa się za jego pośrednictwem. Dzięki niemu również my spotykamy się przy naszej porannej kawie. Piszę w domu kolejny felieton, wysyłam przez Internet do redakcji, tekst jest publikowany na portalu Niedziela.be. a Państwo mogą go przeczytać, dzięki podłączenia do sieci telefonów, tabletów lub komputerów. Wszystko właśnie przez Internet!

Nie tylko ja tak pracuję. Obecnie bardzo wiele osób właśnie w ten sposób działa. Mój mąż od początku pandemii pracuje w domu. Czasem przysłuchuje się jego naradom, spotkaniom i meetingom. Wszystko przez Internet. Gdy mi się nudzi, szukam interesującego filmu w sieci i mogę go obejrzeć dzięki… nie będę się powtarzała. Już wiem, że wirtualnie jestem w stanie odwiedzić prawie każde muzeum na świecie, mogę udać się do teatru… nawet podróżując w czasie i zobaczyć przedstawienia, których już się nie wystawia. Dzięki sieci potrafię zamówić zakupy, gotowy posiłek i nowe spodnie. Moje dzieci natomiast dzięki Internetowi uczęszczają na zajęcia w szkole, ale także spotykają się z kolegami i koleżankami.

Teraz czeka nas coś nowego. Mój syn studiuje i w przyszłym tygodniu po raz pierwszy będzie miał egzaminy… przez Internet. Wygląda na to, że będziemy musieli dużo przygotować w domu, aby taki egzamin mógł się odbyć. Rozmawiałam ze znajomymi, których dzieci uczęszczają do wyższych szkół i już wiem, że nie ma jednego sposobu, jednej zasady. Każda placówka radzi sobie na swój sposób. Co zresztą jest zrozumiałe, bo sytuacja jest całkiem nowa i sprawdzonych metod jeszcze nie ma. Wszyscy się uczymy!

Jak będą wyglądać egzaminy mojego syna? Wirtualnie musi stawić się na nich już godzinę przed wyznaczonym czasem (niczym odprawa na lotnisku). Koniecznym jest, by zasiadł przed komputerem, który ma ruchomą kamerę. Chodzi o to, aby mógł tę kamerę wziąć do ręki i egzaminatorowi pokazać całe swoje biurko, które ma być puste. Nic poza komputerem nie może na nim stać. Nawet długopis nie może na nim leżeć. Swoją drogą bardzo się z tego powodu cieszę, bo (wreszcie) będzie to motywacja dla mojego syna, aby posprzątać ten mebel. Biurka moich dzieci, to prawdziwy krajobraz po bitwie… wielu bitwach.

Gdy zacznie się egzamin, w domu ma zapaść grobowa cisza. Damy radę! Wyciszy się wszystkie telefony a ten domowy wyłączy z prądu. Poza tym będę pilnować drzwi, aby akurat nie zadzwonił listonosz, który przyniesie mi to, co ostatnio zamówiłam…. przez Internet.

Co będzie potem? Tego jeszcze dokładnie nie wiemy, na razie „przygotowania”. Kolejne instrukcje pojawią się już wkrótce.

Teraz, gdy o tym wszystkim opowiadam, zdaję sobie sprawę, że dzięki wszystkim urządzeniom podłączonym do sieci, możemy w miarę normalnie funkcjonować. Na tyle na ile to możliwe w obecnej sytuacji. Uczymy się, pracujemy, robimy zakupy, czytamy, słuchamy i oglądamy. Spotykamy się ze znajomymi i rodziną. Dajemy znaki, że u nas wszystko w porządku i że myślimy. Czasem zastanawiam się tylko, jak było kiedyś. Przecież obecna pandemia nie jest pierwszą w historii ludzkości, już wcześniej różne straszne choroby dopadały całe społeczeństwa. Jak wtedy radzili sobie ludzie? Jak poradzić sobie z ponad trzymiesięczną kwarantanną bez Internetu?

Nie jest tak źle. Możemy znacznie więcej niż nam się wydaje. A zatem dzisiejszy felieton powinnam zatytułować „Wszystko dzięki Internetowi”! To brzmi znacznie lepiej!

 

Widzimy się za tydzień... przy porannej kawie.

Agnieszka

 


31.05.2020 Niedziela.BE // fot. Shutterstock, Inc.  

(as)

 

Subscribe to this RSS feed