Serwis www.niedziela.be używa plików Cookies. Korzystając z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na ich użycie. Aby poznać rodzaje plików cookie, cel ich użycia oraz sposób ich wyłączenia przeczytaj Politykę prywatności

Headlines:
Belgia: Pracownicy organizacji non-profit zapowiadają strajk 22 maja
Król Maroka ułaskawił mężczyznę podejrzanego o 6 morderstw w Belgii!
Niemcy: Produkcja krajowych szparagów się kurczy!
Belgia: W maju do Brukseli powróci festiwal sztuki!
Słowo dnia: April
PRACA W BELGII: Szukasz pracy? Znajdziesz na www.NIEDZIELA.BE (niedziela 6 kwietnia 2025, www.PRACA.BE)
Flandria: Tylko 25% studentów kończy studia licencjackie w ciągu 3 lat!
Belgia, praca: Średnio prawie 50 euro na godzinę!
Polska: To strzał w kolano? To zrobi Trzaskowski, jeśli wygra wybory
Belgia: Tylko 4 na 10 pracowników wykorzystuje dni szkoleniowe
Łukasz Koterba

Łukasz Koterba

40 lat na bezrobociu. „Mam fajne życie”.

Po co pracować, skoro można żyć dostatnie i spokojnie bez kiwnięcia palcem? Tak już cztery dekady temu uznał obecnie 64-letni Belg, H.B. Ze swojego wyboru – i życia – jest bardzo zadowolony.

Słowa H.B. cytuje dziennik Het Laatste Nieuws.

Kilka dni wcześniej jeden z najpopularniejszych polityków w kraju, Bart de Wever z flamandzkiej nacjonalistycznej partii N-VA, powiedział, że w Belgii każdy kto chce i ma choćby minimalne kwalifikacje w końcu znajdzie pracę. W tym sensie osoby od lat przebywające na bezrobociu są same sobie winne – tak można było zinterpretować jego słowa.

Wyznanie H.B. częściowo potwierdza teorię de Wevera. H.B. ma dyplom uniwersytecki i 64 lata na karku, ale w życiu przepracował jedynie 8 miesięcy.       

- Mam fajne życie i nikt mi nigdy nie stawiał trudnych pytań. Przepracowałem mniej niż rok i to by było na tyle – mówi.

Kolejne słowa H.B. brzmią jak kiepski żart:

- A za rok przechodzę na emeryturę. Oczywiście nie zmieni to znacząco mojego stylu życia, ale dopiero na emeryturze będę naprawdę wolny.  

Jak mu się udało przez tyle lat uniknąć pracy, a jednocześnie zachować zasiłek?

- Kilka razy zadzwonili do mnie z urzędu pracy (RVA). Grzeczny urzędnik powiedział mi, że zwolniło się dla mnie miejsce pracy i pytał, czy chciałbym się o nie ubiegać. Wymyślałem zawsze jakąś wymówkę, by się wykręcić: kłopoty z dojazdem czy kłótnia z dziećmi. Urzędnicy nie dopytywali i zostawiali mnie w spokoju. Kiedy skończyłem 50 lat, czyli prawie 15 lat temu, już nigdy więcej do mnie nie dzwonili. Już się dla nich nie liczę, ale nadal dostaję około 1,000 euro na moje konto – mówi H.B., najwyraźniej dumny z tego, że od 40 lat żyje na koszt innych.

 

Ł.K., Niedziela.BE

Pobił 17-latka pałką z wystającymi gwoździami

- To cud, że on jeszcze żyje. Pięć gwoździ, z czego niektóre o długości 13 cm, wbiły się do jego głowy – mówią rodzice zaatakowanego Talhy Yidiza.

17-letni Belg tureckiego pochodzenia został w niedzielę 18 maja zaatakowany we flamandzkim Hamme przez brutalnego sprawcę.

- Pałka, którą go pobito, była pełna wystających gwoździ – mówią rodzice. Chłopak z ciężkimi ranami głowy od razu trafił do szpitala. Jego stan był krytyczny, ale na szczęście udało się go uratować.

– Jest jednak pewne, że na trwałe uszkodzono jego mózg – słowa rodziców ofiary cytuje dziennik Het Belang van Limburg.   

Hamme to liczące około 24 tysiące mieszkańców miasteczko położone kilkanaście kilometrów na południowy wschód od Antwerpii (prowincja Wschodnia Limburgia).     

Chłopak został zaatakowany w parku, kiedy na chwilę oddalił się od grupki znajomych.

- Czekający na niego na rogu ulicy koledzy usłyszeli nagle głośny hałas i krzyk. Kiedy podbiegli, by zobaczyć, co się dzieje, zobaczyli mężczyznę uderzającego dużym kijem baseballowym w głowę mojego syna. Rzucili się w jego kierunku, ale sprawca uciekł do niewielkiego samochodu i odjechał – opowiedziała dziennikowi Het Belang van Limburg matka chłopaka.

We wtorek stan chłopaka był już na tyle stabilny, że został przesłuchany i opisał sprawcę. Był to około 40-letni mężczyzna z wieloma tatuażami.

Początkowo policja miała problemy ze znalezieniem mężczyzny. Szybko po tym zdarzeniu zatrzymano podejrzanego, ale równie szybko wypuszczono go na wolność.

W środę 21 maja belgijskie media poinformowały, że pojawiły się nowe dowody i ponownie aresztowano tego samego mężczyznę.

- Jeszcze nie wiadomo, czy chodziło tu o przemoc na tle rasistowskim. W tej chwili nie znamy motywu sprawcy – powiedziała rzeczniczka prasowa prokuratury z Dendermonde.

 

Ł.K., Niedziela.BE

Potrójne wybory w Belgii: 25 maja 2014 r.

Jeden dzień, potrójne wybory. 25 maja Belgowie zagłosują jednocześnie w wyborach regionalnych, parlamentarnych i europejskich. W trzyjęzycznym, wewnętrznie podzielonym kraju, w którym głosowanie jest obowiązkowe, formowanie rządu zajmuje półtora roku, a w parlamencie zasiadają przedstawiciele 11 partii, 25 maja może być początkiem kolejnego kryzysu politycznego.

541 – tyle dni trwało formowanie rządu Elio Di Rupo, obecnego premiera Belgii. Po wyborach parlamentarnych z czerwca 2010 r. padały kolejne rekordy: rekord kraju (194 dni bez rządu), Europy (208 dni, należał do Holendrów) i świata (353 dni, Kambodża). Licznik zatrzymał się na 589 dniach bez rządu i 541 dniach układania nowego gabinetu.
Było trudno, będzie trudniej?

Ponad półtora roku bez rządu. Satyrycy na całym świecie mieli się z czego śmiać, ale Belgowie byli już przyzwyczajeni: w kraju trzech języków, sześciu parlamentów, sześciu rządów i jednego króla wypracowywanie kompromisów zawsze zżerało wiele energii i czasu. Taki kraj.

Po wielomiesięcznym teatrze negocjacji, zrywania negocjacji, ponawiania negocjacji i negocjowaniu charakteru negocjacji, sześciopartyjna koalicja stała się faktem. Premierem został Elio Di Rupo, pierwszy w dziejach Belgii premier-syn imigrantów (jego rodzice to Włosi) i pierwszy w dziejach świata premier-zadeklarowany gej. A do tego pierwszy od 1979 roku francuskojęzyczny szef belgijskiego rządu – bądź co bądź kraju, w którym więcej ludzi mówi po niderlandzku niż po francusku – i pierwszy od 1974 roku socjalista na tym stanowisku.
Gabinet Di Rupo był i jest pod wieloma względami unikalny. Zrodzony w bólach, będący małżeństwem z rozsądku socjalistów, chadeków i liberałów, zarówno tych francusko- jak i niderlandzkojęzycznych, a w dodatku z frankofońskim socjalistą-gejem u steru; o nie, nie jest to wymarzony rząd flamandzkich nacjonalistów.

 

Nie każdy nacjonalista to skrajny nacjonalista

A ci w minionych czterech latach wyraźnie zyskali. Choć ze słowem „nacjonalista” trzeba uważać. Nacjonalista nacjonaliście nierówny, czego Flandria – niderlandzkojęzyczna, zamożniejsza, północna część Belgii, gdzie mieszka ok. 6,5 mln ze wszystkich 11 mln mieszkańców tego kraju – jest najlepszym przykładem.

Twardzi, populistyczni, antyeuropejscy, antyimigranccy, oskarżani o rasizm i domagający się niezależnego państwa flamandzkiego nacjonaliści z partii Vlaams Belang w ostatnich latach stracili na znaczeniu. W wyborach federalnych z 2010 roku dostali we Flandrii jeszcze ponad 12 % głosów, jednak w obecnych sondażach znajdują się lekko ponad 5-procentowym progiem wyborczym.

Do serc i umysłów Flamandów o wiele bardziej przemawia gwiazda tutejszej polityki, 44-letni Bart de Wever, od dekady lider prowadzącej we flamandzkich sondażach partii NV-A, a od 2013 roku również burmistrz największego miasta niderlandzkojęzycznej części Belgii, Antwerpii. Ten inteligentny i ironiczny polemista świetnie prezentuje się w telewizji, co we Flandrii, gdzie nawet najpoważniejsi politycy biorą udział w mało poważnych teleturniejach czy talk-showach, jest na wagę złota.

Skoro o wadze mowa: fakt, że w ciągu pół roku de Weverowi udało się zrzucić 60 kg, wzbudził szacunek również u tych Flamandów, którzy wcześniej niekoniecznie przepadali za grubiutkim, złośliwym politykiem. Poza tym program NV-A jest o wiele bardziej umiarkowany niż propozycje radykałów z Vlaams-Belang. N-VA to w gruncie rzeczy mieszczańska, prawicowa partia, domagająca się większej niezależności Flandrii nie ze względu na głęboko zakorzenione nacjonalistyczne przekonania, ale z powodów praktycznych, czyli gospodarczych i językowych.

 

Schudł 60 kg i prowadzi w sondażach

Obecnie we wszystkich sondażach NV-A jest najpopularniejszą partią we Flandrii. Czy to w wyborach do regionalnego parlamentu flamandzkiego, czy do belgijskiego parlamentu federalnego, czy wreszcie do Parlamentu Europejskiego – na de Wevera zamierza głosować co trzeci mieszkaniec Flandrii. Druga najpopularniejsza obecnie partia we Flandrii, chadecka CD&V liczyć może na co najwyżej 17-18 procent. Dwa razy mniej niż de Wever!


Przy tej okazji warto podkreślić, że powyższe dane i procenty dotyczą jedynie Flandrii. To, że członków regionalnego parlamentu flamandzkiego wybiera się jedynie we Flandrii, walońskiego – w Walonii, a niemieckiego – w kilku małych niemieckojęzycznych gminach na wschodzie kraju (mniej niż 1 % mieszkańców kraju), jeszcze łatwo zrozumieć. (Pomijam kwestię oficjalnie dwujęzycznej, a praktycznie zdominowanej przez społeczność francuskojęzyczną Brukseli).


Nieco większego wysiłku wymaga zrozumienie tego, jak wybiera się i jak funkcjonuje belgijski parlament federalny. Otóż i w tym przypadku niderlandzkojęzyczni Flamandowie głosują na niderlandzkojęzyczne partie flamandzkie, a z kolei francuskojęzyczni Walonowie na francuskojęzycznych kandydatów partii walońskich. Tak wybranych 88 posłów flamandzkich i 62 walońskich trafia do 150-osobowego parlamentu.

 

Jeden kraj, dwa społeczeństwa?

Belgijski „Sejm” jest więc workiem, do którego wrzuca się dwie grupy polityków, mówiących dwoma różnymi językami (a właściwie: trzema, jeśli uwzględnić niewielką społeczność niemieckojęzyczną), wybranych w dwóch częściach kraju, mających za sobą dwie różne kampanie wyborcze.

Podobnie wygląda to w mediach. Flamandzkie gazety i telewizje informują przede wszystkim o przebiegu flamandzkiej kampanii wyborczej, a walońskie media zajmują się walką polityczną pomiędzy walońskimi partiami.

Belgia ma jeden wspólny parlament dla całego kraju, a wybory do niego odbywają się tego samego dnia i na podobnych zasadach. Jednak o wspólnej opinii publicznej i jednej kampanii wyborczej nie ma mowy. Flandria wybiera swoich, Walonia swoich. (W wyborach federalnych niemieckojęzyczni wyborcy należą do okręgu walońskiego). Spotykają się dopiero w Palais de la Nation, budynku belgijskiego parlamentu w Brukseli. Trudno się dziwić, że dogadanie się co do składu i programu rządu zajmuje im czasem półtora roku.

Belgijska polityka, jeśli w ogóle coś takiego istnieje, stanowi jedynie pochodną polityki flamandzkiej i walońskiej. Pisząc, że NV-A ma 33 % poparcia, oznacza to jedynie 33 % poparcia w samej Flandrii i 0 % poparcia w Walonii. A więc szansę na 33 % z 88 mandatów przysługujących Flandrii, co przeliczając na skalę kraju oznacza jakieś 20 % dla NV-A. Jednak w rozdrobnionej politycznie Belgii takie poparcie w zupełności starcza do stania się największą partią w kraju.

 

W SKRÓCIE


Warto sobie z tego wszystkiego zdawać sprawę, spoglądając na potrójne wybory z 25 maja 2014 roku. Belgia jest bardzo skomplikowanym krajem, z ustrojem i systemem politycznym, którego nie rozumie nawet wielu samych Belgów. Co się więc 25 maja wydarzy? Spróbujmy wymienić kilka podstawowych faktów:
- 25 maja 2014 r. w Belgii odbędą się jednocześnie trzy głosowania: do parlamentu krajowego (federalnego, odpowiednik naszego Sejmu), Parlamentu Europejskiego oraz parlamentów regionalnych (flamandzkiego we Flandrii, walońskiego w Walonii, niemieckojęzycznego w niemieckojęzycznych gminach na wschodzie)
- Tego dnia nie odbędą się jednak wybory do senatu (od 2014 r. przestaje on istnieć w dotychczasowej formie i z organu wybieranego w wyborach powszechnych zamienia się w drugorzędny organ doradczy gromadzący przedstawicieli regionów). Także wybory do rad gmin odbędą się nie 25 maja 2013 r., ale dopiero w 2018 r.
- O rezygnacji z bezpośrednich wyborów do senatu oraz połączenia trzech głosowań w jedno elity polityczne zdecydowały w tzw. „umowie muszkowej” (vlinderakkoord, nazywanej tak nieoficjalnie ze względu na premiera Belgii, Elio Di Rupo, noszącego zawsze muszkę) z 2011 r. W umowie porozumiano się co do „szóstej reformy ustroju” (zesde staatshervorming) Belgii.
- Mieszkańcy Brukseli będą mieć jeszcze więcej wyborczej roboty, bo zagłosują także w wyborach do parlamentu brukselskiego (składającego się z 72 francuskojęzycznych i 17 niderlandzkojęzycznych posłów)
- Po wyborach z 25 maja spodziewać się należy też nowych rządów: zarówno regionalnych, jak i tego federalnego. Utworzenie nowego rządu federalnego będzie zapewne trudne, bo w Walonii wygrają najprawdopodobniej socjaliści, a we Flandrii (umiarkowani) nacjonaliści. Obie te partie za sobą nie przepadają, mówiąc delikatnie.
- We Flandrii w sondażach zdecydowanie prowadzi N-VA, nacjonalistyczna, ale nieradykalna, partia domagających się większej autonomii dla Flandrii i z liberalnym programem gospodarczym. Według sondażowych szacunków N-VA liczyć może we Flandrii na około 30-33 % głosów. Liderem N-VA jest charyzmatyczny burmistrz Antwerpii Bart de Wever.
- W Walonii w sondażach prowadzi Partia Socjalistyczna PS obecnego premiera Belgii, Elio Di Rupo. PS liczyć może na około 28-30 % walońskich głosów. PS to francuskojęzyczni socjaldemokraci opowiadający się za państwem opiekuńczym i zachowaniem jedności Belgii – czyli są programowym przeciwieństwem, niderlandzkojęzycznej, prawicowej, flamandzko-nacjonalistycznej N-VA.
- Udział w wyborach jest w Belgii obowiązkowy, a w przypadku niewywiązania się z tego obowiązku grozi grzywna, zazwyczaj niewielka (a często w ogóle nienakładana na „leniwego” wyborcę)
- Potrójną kampanię wyborczą zdominowała tematyka gospodarcza i społeczna. Liderzy poszczególnych partii mówią o nowych miejscach pracy, emeryturach, podatkach, mieszkaniach i edukacji.
Informacja w języku polskim na temat udziału w wyborach 25 maja 2014 roku: TUTAJ

 

Łukasz Koterba, Niedziela.BE

28 zabitych. 30 lat później. Przełom. Poznamy prawdę?

28 zabitych, ponad 40 rannych i tysiąc teorii spiskowych – Banda z Nijvel sterroryzowała Belgię w pierwszej połowie lat 80. i przez prawie trzy dekady nie udało się ująć żadnego z jej członków. Czy w połowie maja 2014 roku dojdzie do przełomu? 

W piątek 16 maja belgijski wymiar sprawiedliwości poinformował o tym, że kilka dni wcześniej aresztowano w Brukseli 68-letniego mężczyznę podejrzewanego o związki z „Bende van Nijvel”, czyli tzw. Bandą z Nijvel. 

Nijvel to walońskie (a więc francuskojęzyczne) miasteczko położone kilkanaście kilometrów na południe od Brukseli. To właśnie w okolicach tego miasteczka doszło w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych do serii krwawych i brutalnych włamań i napadów.

 

Bezwzględni. Brutalni. Nieuchwytni. 

W sumie z rąk gangsterów zginęło 28 osób, a co najmniej 40 zostało rannych. Grupa siała terror w dwóch falach. Najpierw w latach 1982-1983 doszło do serii kilkunastu napadów na restauracje, sklepy z bronią, taksówkarzy i supermarkety. 

Początkowo wyglądało to nie tak groźnie. W pierwszych dwóch napadach nie było ofiar śmiertelnych, a łupem padły strzelba, wino i szampan. Z czasem napady stawały się coraz brutalniejsze. Już w trzecim z nich zginęła pierwsza osoba (policjant), a złodzieje ukradli m.in.  15 sztuk broni. 

Z broni zrobili później użytek: w samym 1983 roku Banda z Nijvel uderzyła dziesięciokrotnie, a ofiar śmiertelnych przybywało. We wrześniu 1983 r. w napadzie, właśnie w Nijvel, zginęły trzy osoby, a w grudniu 1983 r. napad na jubilera w Anderluse kosztował życie dwie osoby. 

Następnie przez ponad półtorej roku grupa nie przeprowadziła żadnych akcji. Wróciła pod koniec 1985 roku – i to z podwójną brutalnością. 27 września dwa napady przeprowadzone tego samego dnia na  filie supermarketów Delhaize w Eigenbrakel i Overijse kosztowały życie odpowiednio 3 i 5 osób.

 

Belgia w szoku

W listopadzie 1985 r. bandyci uderzyli po raz kolejny – i jak się okazało, po raz ostatni. Celem znów był supermarket sieci Delhaize. W napadzie na filię w Aalst zginęło aż osiem osób. A może nawet i dziewięć: w trakcie policyjnego pościgu jeden z kryminalistów (siedzący z pozostałymi w pędzącym samochodzie) został najprawdopodobniej śmiertelnie postrzelony. Jego ciała nigdy jednak nie odnaleziono.

Wydarzenia w Aalst miały w sobie więcej z masakry czy zamachu terrorystycznego zorganizowanego przez psychopatów niż z napadu rabunkowego, uważali niektórzy eksperci. Już na parkingu przed supermarketem trójka zamaskowanych mężczyzn strzelała seriami do stojących samochodów oraz w szyby supermarketu. Sklep w ten sobotni wieczór był pełen ludzi. Wybuchła totalna panika. 9-letni chłopczyk David van de Steen stracił w tej zbrodni mamę, tatę i siostrę, a sam został ciężko ranny. Także pozostałe ofiary padały na oczach przerażonego, krzyczącego, płaczącego tłumu: kobiet, staruszków, dzieci. 

Kryminaliści opróżnili sejf i uciekli z miejsca przestępstwa samochodem marki Golf GTI. Mimo policyjnego pościgu i strzelaniny z funkcjonariuszami nie udało się ich ująć. 

Ten najbardziej krwawy napad Bandy z Nijvel był ostatnią ich wspólną akcją. Kilka dni później policja znalazła porzuconą przez nich broń i amunicję. Być może to właśnie prawdopodobna śmierć w pościgu ich „szefa” (nazywanego podobno „killerem”) przekonała pozostałych członków grupy do rozwiązania grupy. Są to jednak tylko spekulacje.

 

Czy chodziło tylko o pieniądze?

Zbrodnie Bandy z Nijvel wstrząsnęły Belgią. Jak to możliwe, że w sercu wysoce rozwiniętego, stabilnego kraju w samym centrum Europy kilkoro bandziorów było w stanie przeprowadzić kilkanaście krwawych napadów, zamordować 28 osób i za każdym razem uciec? 

Śledztwo w tej sprawie pokazało nieudolność belgijskiej policji, prokuratury i całego wymiaru sprawiedliwości. Akta często się gubiły, śledczy popełniali szkolne błędy, a w końcu poszczególne służby zajmujące się sprawą mocno się ze sobą skłóciły.

W związku z bezkarnością sprawców, ich niezwykłą brutalnością oraz nieudolnością organów ścigania, pojawiło się wiele alternatywnych teorii, także spiskowych, wyjaśniających działalność „Bende van Nijvel”. Tym bardziej, że łup 17 krwawych napadów kosztujących życie 28 osób był nieproporcjonalnie mały do liczby ofiar i zaangażowanych środków: mniej więcej równowartość dzisiejszych175,000 euro. 

Według niektórych teorii prawdziwym celem grupy nie były pieniądze, ale sianie terroru i destabilizacja państwa. Członkami Bandy z Nijvel mieliby być skrajnie prawicowi, neofaszystowscy radykałowie, z których część stanowić mieli byli policjanci oraz osoby powiązane z władzami - uważają zwolennicy tej teorii. 

 

Czy to przełom?

Na potwierdzenie tych rewelacji nigdy nie przedstawiono przekonujących dowodów, jednak ciągnące się od 30 lat śledztwo nadal jest źródłem najróżniejszych spekulacji. Czy w maju 2014 roku doszło wreszcie do przełomu? Jeśli tak, to jest odbyło się to rzutem na taśmę. W 2015 roku przedawni się ostatnie z przestępstw Bandy z Nijvel. 

(Chyba że belgijskiemu parlamentowi – czego domagają się niektórzy posłowie – uda się szybko zmienić prawo, takaby tego typu przestępstwa nie przedawniały się po 30, ale po 40 latach).

Jak poinformowała w piątek 16 maja prokuratura z Charleroi, aresztowany kilka dni wcześniej 68-latek to osoba znana belgijskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Mężczyzna był skazywany za liczne przestępstwa, a w 1997 roku był przesłuchany właśnie w związku z Bandą z Nijvel. Został wtedy rozpoznany przez jednego ze świadków, ale po pobraniu DNA policja stwierdziła, że nie był on zamieszany w tę sprawę. Wypuszczono go na wolność.  

Teraz jednak dzięki informacji pochodzącej od pewnego Francuza policja znów trafiła na trop tego mężczyzny. Według „francuskiego informatora” 68-latek – który według dziennika Gazet van Antwerpen (GvA) ma na imię Jean-Marie i pochodzi z walońskiego miasteczka Binche –  miał mu oraz jeszcze innej osobie powiedzieć o tym, że brał udział w akcjach Bandy z Nijvel. W napady z lat 1982-1983 miał być zaangażowany bezpośrednio , a w napady z drugiej fali z 1985 roku – pośrednio, pisze GvA.

Prokuratura nie chciała na razie informować opinii publicznej o tym aresztowaniu, ale ponieważ wiadomość wyciekła do mediów, prokuratorzy poczuli się zmuszeni do zorganizowania konferencji prasowej w tej sprawie. Śledczy poinformowali, że podejrzany zaprzecza jakoby miał brać udział w napadach grupy z Nijvel. Ponownie pobrano od niego DNA w nadziei, że dzięki nowszym i dokładniejszym technikom, tym razem uda się udowodnić jego związek z krwawą bandą. Podejrzanego poddano również obserwacji psychologicznej po to, by ustalić, czy kłamie czy też mówi prawdę.  

 

10,200 dni

W marcu 2014 roku belgijscy śledczy rozpoczęli również przeczesywać teren nieczynnej kopalni przy granicy z Francją. Szukają tam samochodu należącego do grupy z Nijvel oraz zwłok jednego z jej członków (wspomnianego już „killera”).  

Czy to wszystko doprowadzi do przełomu? Czy dowiemy się kim byli brutalni gangsterzy, którzy zabili 28 niewinnych osób oraz co nimi kierowało?

W trakcie ubiegłorocznych uroczystości poświęconych pamięci ofiar napadu w Aalst, teraz już 38-letni David van de Steen, który feralnego 9 listopada 1985 roku na własne oczy widział śmierć swoich rodziców oraz siostry, przypomniał, że minęło już 10,200 od rozpoczęcia śledztwa – a rezultatów wciąż brak.

Wypada mieć nadzieję, że teraz, po upłynięciu kolejnych stu kilkudziesięciu dni, sprawiedliwość dosięgnie wreszcie przynajmniej jednego ze sprawców brutalnych mordów, które trzydzieści lat temu wstrząsnęły Belgią . 

 

Łukasz Koterba, Niedziela.BE

 

Subscribe to this RSS feed