Redakcja

Redakcja

Polska: Diesel droższy niż benzyna?


Po huraganie Harvey, który zaburzył proces produkcji paliw na amerykańskim wybrzeżu, kierowcy mają kolejne powody do obaw. Silny wzrost popytu na diesla po obu stronach Atlantyku oraz rekordy pozycji spekulacyjnych nastawionych na wzrost tego paliwa mogą oznaczać wyraźny wzrost ceny oleju napędowego – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W ostatnich tygodniach kierowcy nie mają szczęścia do wydarzeń na globalnym rynku paliw. Niszczycielski żywioł, który nawiedził południe Stanów Zjednoczonych, spowodował silne zaburzenia w produkcji benzyn i znaczny wzrost jej cen na całym świecie. Jeszcze pod koniec sierpnia litr popularnej bezołowiówki, według danych Komisji Europejskiej (KE), kosztował w Polsce średnio 4,46 zł, a w połowie września było to już 4,64 zł.

Odzyskanie mocy produkcyjnych przez rafinerie usytuowane w Teksasie czy Luizjanie pozwoliło na korektę spadkową tych wzrostów. W minionych dniach litr benzyny w hurcie na europejskim rynku ARA kształtował się blisko granicy 1,65 zł, czyli ok. 10 gr mniej niż podczas szczytu huraganowych problemów. Również dane z krajowego rynku hurtowego pokazują, że może być pole do kilkugroszowych spadków cen „95” na początku października.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja oleju napędowego (ON). Ceny na rynku ARA rosną praktycznie nieprzerwanie od miesiąca. Obecnie litr tego paliwa kosztuje 1,72 zł, czyli 25 gr więcej niż miesiąc temu i 40 gr powyżej wartości obserwowanych pod koniec czerwca. Bieżące notowania ON sugerują, że średnia cena tego paliwa na stacjach może wzrosnąć o kilkanaście gr w kolejnych dniach i utrzymywać się w przedziale 4,55-4,60 zł, czyli praktycznie zrównać się z ceną benzyny. To niestety nie koniec złych informacji.


Rośnie popyt. Spekulanci chcą zarobić

Bieżące wzrosty cen diesla coraz mniej mają wspólnego z zaburzeniami związanymi z huraganem, a coraz więcej z zaskakująco szybko rosnącym popytem, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Europie. Według wrześniowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) zapotrzebowanie na ON w Stanach Zjednoczonych przekroczyło 5-letnie maksima zarówno w maju, jak i w czerwcu.

Zaskakująco mocno rośnie również popyt na diesla we Francji czy w Niemczech. W porównaniu do czerwca ub. r. zwiększył się on odpowiednio o 10 proc. i 13 proc. IEA zwraca także uwagę na silny wzrost zapotrzebowania na ON we Włoszech, w Polsce oraz w Hiszpanii, co przede wszystkim jest związane z poprawą koniunktury gospodarczej na terenie UE.

Wzrost popytu powoduje z kolei bardzo szybką redukcję zapasów. Jeszcze w połowie sierpnia, według danych agencji Bloomberg, przekraczały one o 10 proc. pięcioletnią średnią w Północnej Europie oraz w USA, a w Singapurze były wyższe o 30 proc. W drugiej połowie września już na wszystkich wymienionych rynkach zapasy są niższe od pięcioletniej średniej.

Rosnący popyt i nienadążająca za nim produkcja ON skłoniły kapitał spekulacyjny do gry na dalsze wzrosty tego paliwa. Według danych CFTC w ostatnim tygodniu liczba netto pozycji obstawiających kontynuację trendu wzrostowego cen diesla zwiększyła się o ponad 11 tys. i doszła do 62 tys. Są to najwyższe poziomy od 2006 r., czyli od momentu publikacji tych danych.


Zima kluczowa dla diesla

Poza obserwowaniem danych o popycie i podaży ON bardzo istotne mogą się okazać informacje pogodowe. Jeżeli temperatura w okresie jesienno-zimowym nie spadnie poniżej wieloletniej średniej, to prawdopodobnie spekulanci zaczną redukować pozycje nastawione na wzrosty cen diesla, co z kolei powinno szybko zatrzymać wzrost cen na stacjach.

Gdyby natomiast pogoda w Europie oraz w Ameryce Północnej nie rozpieszczała, to popyt na ON będzie rósł nie tylko z powodu wyższego zapotrzebowania w transporcie, ale również w związku rosnącą konsumpcją w celach grzewczych. Wtedy diesel na stacjach może być droższy niż „95”, i przekraczać spodziewane w najbliższych dniach okolice 4,50-4,60 zł/litr.


05.10.2017 HG/PAB

  • Published in Polska

Polska: Nie ma dnia bez skarg na polisy OC

Stosowanie różnego rodzaju potrąceń amortyzacyjnych, przyjmowanie części alternatywnych czy zaniżanie kosztów roboczogodzin przy naprawie samochodu – kierowcy naprawiający swoje auta z polisy OC komunikacyjnego sprawcy wypadku wciąż skarżą się na niesłusznie zaniżone odszkodowania. Średnio co 30 minut do Rzecznika Finansowego wpływa jedna taka skarga.

- Każdego dnia roboczego trafia do Rzecznika Finansowego około 16 skarg na OC komunikacyjne. Szacujemy, że w tym roku będzie ich około 4 tysięcy, czyli podobnie jak w ubiegłym roku. Niestety te wartości nie maleją mimo, że od wydania wytycznych Komisji Nadzoru Finansowego dotyczących likwidacji szkód mija już prawie 3 lata – mówi newsrm.tv Marcin Jaworski, ekspert ds. komunikacji i edukacji w Biurze Rzecznika Finansowego.

Raport przygotowany przez Rzecznika Finansowego pokazał, że proponowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe odszkodowanie jest często zbyt niskie i kwota nie pozwala dobrze naprawić samochodu. Zaniżanie kosztorysów odbywa się przez stosowanie różnego rodzaju potrąceń amortyzacyjnych, przyjmowanie części alternatywnych czy zaniżanie kosztów roboczogodzin. Klienci skarżą się też na przypadki orzekania tzw. szkody całkowitej. Towarzystwa stosują cały szereg trików, żeby udowodnić, że naprawa auta jest ekonomicznie nieopłacalna.

Istotne problemy wiążą się wciąż z oferowaniem samochodów zastępczych. Ubezpieczyciele co prawda, po uchwale SN z wniosku Rzecznika Ubezpieczonych, nie odmawiają już osobom fizycznym prawa do wynajmu, ale ograniczają jego czas. Teraz głównym problemem jest zmniejszanie liczby dni w których samochód zastępczy jest udostępniany.

- Opisane przez nas problemy sprawiają, że klienci nie mogą sfinansować w całości naprawy swojego samochodu korzystając z OC komunikacyjnego – dodaje Marcin Jaworski.

Stosunkowo najmniej skarg trafia w związku z odmową wypłaty z tytułu utraty wartości handlowej pojazdu. Wydaje się jednak, że to głównie efekt tego, że towarzystwa, wbrew wytycznym KNF, nie informują klientów zgłaszających szkodę o takim uprawnieniu.

- Klient, który jest niezadowolony z wyceny szkody w ubezpieczeniu komunikacyjnym musi złożyć reklamację w swoim zakładzie ubezpieczeń. Jeżeli jest niezadowolony z rozpatrzenia tej reklamacji podejmuje dalsze działania. My proponujemy włączyć w ten proces nową instytucję: niezależnego rzeczoznawcę – wyjaśnia Aleksandra Wiktorow, Rzecznik Finansowy.

Propozycja zakłada zaangażowanie niezależnego rzeczoznawcy dopiero po odrzuceniu reklamacji przez zakład ubezpieczeń. Obecnie jeżeli poszkodowany chce zakwestionować określone przez ubezpieczyciela koszty naprawy musi samodzielnie szukać rzeczoznawcy. Taka opinia kosztuje 200-500 zł. Towarzystwo ubezpieczeniowe często ignoruje przedstawioną wyceną a sprawa trafia do sądu.

- Nasza propozycja zakłada, że jeżeli ubezpieczyciel odrzuci reklamację opartą np. na wycenie szkody to poszkodowany będzie miał prawo zlecić sporządzenie opinii, która będzie podstawą do obliczenia odszkodowania. Zakład ubezpieczeń, żeby podważyć opinię będzie musiał wykazać tzw. istotny błąd powołanego przez klienta rzeczoznawcy. Nie będzie mógł tego zrobić z wykorzystaniem swoich specjalistów, tylko będzie musiał skorzystać z usług niezależnego rzeczoznawcy. Jeśli ten nie potwierdzi zaistnienia istotnego błędu, to zakład ubezpieczeń będzie musiał zapłacić kwotę, którą określił rzeczoznawca klienta i zwrócić koszty sporządzenia opinii – wyjaśnia Aleksandra Wiktorow, Rzecznik Finansowy.

Wypowiedź: Marcin Jaworski, ekspert ds. komunikacji i edukacji w Biurze Rzecznika Finansowego, Aleksandra Wiktorow, Rzecznik Finansowy.

 


05.10.2017 JK/APK

 

 

  • Published in Polska

Dbamy bardziej o samochód niż o zdrowie

44% badanych Polaków twierdzi, że nie zachoruje poważnie w przyszłości, a zaledwie 33% obawia się poważnej choroby – pokazują wyniki badania Prudential Family Index. Niestety statystyki nie potwierdzają naszego optymizmu. Co roku rośnie liczba zachorowań na choroby układu krążenia jak zawał czy udar i wbrew opinii 65 procent badanych, częściej dotykają one Polaków niż nowotwory. Co ciekawe, zwykle więcej wydajemy na samochód niż na zabezpieczenie się na wypadek choroby.

- Polacy często nie chcą myśleć o trudnych rzeczach, gdyż myślą, że wtedy je do siebie przyciągają. Zapominamy, że ciężka choroba często wyłącza nas na dłużej z życia zawodowego, a to z kolei ogranicza to nasze dochody – mówi newsrm.tv Agata Rowińska z towarzystwa ubezpieczeń Prudential.

Ponad połowa ankietowanych, aż 56% twierdzi, że w razie poważnego zachorowania nie poradzi sobie finansowo. 44% uważa, że z optymizmem patrzy na swoje domowe finanse, w tej grupie 45% posiada polisę na życie, która ma zapewnić finansowe wsparcie na wypadek poważnego zachorowania.

- Wśród Polaków panuje ciągle przekonanie, że nas nie stać na ubezpieczenie. Takiej odpowiedzi udzieliło 60 procent naszych respondentów. Jest to oczywiście mit.  Kilka tysięcy złotych rocznie wydajemy na ubezpieczenie samochodu, a to dużo wyższy koszt niż zabezpieczenie własnego zdrowia i swojej przyszłości w razie wystąpienia choroby – mówi Agata Rowińska i dodaje – Ubezpieczenie na wypadek poważnych zachorowań to koszt od kilkudziesięciu do kilkuset złotych miesięcznie.  Trzeba pamiętać, że im wcześniej taką decyzję podejmiemy tym mniej zapłacimy.

Ankietowani obawiają się przede wszystkim zachorowania na któryś z nowotworów. Wskazuje na to aż 65% respondentów. Tylko 6% i 5% uczestników badania PFI wskazuje odpowiednio na choroby układu krążenia i układu pokarmowego.

Tymczasem oficjalne dane z raportu „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowanie” opublikowanego w 2017r. pokazują zupełnie coś innego. Polacy najczęściej zapadają na choroby układu krążenia (45% zgonów wywołanych jest właśnie nimi), zaś wspomniane nowotwory odpowiadają za niemal połowę mniej przypadków śmiertelnych (25%). W badaniu na choroby układu krążenia wskazało tylko 6% ankietowanych. Pokazuje to rozdźwięk między naszymi obawami o zdrowie, a tym, na co rzeczywiście chorujemy.

Wypowiedź: Agata Rowińska, ekspert Prudential.

 


04.10.2017 AD/DSB

Belgia: Wypadek z udziałem Polaka, dwie osoby poważnie ranne

W sobotni wieczór w miejscowości Hoboken (niedaleko Antwerpii) doszło do poważnego wypadku drogowego, w których ciężko ranne zostały dwie osoby – poinformował flamandzki dziennik Het Laatste Nieuws.

Obywatel Polski kierujący samochodem marki Audi zjechał ze swojego pasa ruchu i uderzył w auto marki Citroën. W samochodzie tym znajdowały się dwie osoby, kobieta i mężczyzna, oboje w wieku 52 lat.

Na miejsce tragedii przyjechały służby ratunkowe, które musiały uwolnić i wyciągnąć 52-latków ze zniszczonego pojazdu. Obie te osoby w stanie ciężkim odwieziono do szpitala.

42-letni Polak, który spowodował wypadek, był pod wpływem alkoholu – opisuje Het Laatste Nieuws. W dodatku mężczyzna zachowywał się agresywnie wobec policjantów. 42-latek został zatrzymany i odwieziony na komisariat, dodaje flamandzki dziennik.



19.09.2017 ŁK Niedziela.NL

 

  • Published in Belgia
Subscribe to this RSS feed

11°C

Bruksela

Partly Cloudy

Humidity: 85%

Wind: 11.27 km/h

  • 18 Oct 2017 20°C 10°C
  • 19 Oct 2017 20°C 13°C